Archiwa miesięczne: Maj 2011

Dwa koła naukowe – dwie rocznice

Upływająca w maju 2011 roku druga rocznica powołania do życia Koła Naukowego Historii Techniki oraz pierwsza rocznica działalności Koła Naukowego Studentów Architektury, to dobra okazja do podsumowania dotychczasowych osiągnięć obu organizacji. Dlaczego zdecydowałem się przedstawić je w jednym tekście? Dlatego, że jestem opiekunem naukowym obu tych kół.

Zgodnie ze statutem, Koło Historii Techniki stawia sobie za cel rozwijanie zainteresowań naukowych zrzeszonych w nim studentów, m.in. poprzez uczestnictwo w konferencjach i seminariach naukowych. Realizację tych celów członkowie koła rozpoczęli nadzwyczaj ochoczo, bowiem ledwie 2 tygodnie po ukonstytuowaniu się stowarzyszenia, w maju 2009 roku, uczestniczyli w Międzynarodowych Warsztatach Archeologii Przemysłowej w Dzierżoniowie. Współzałożyciel Koła i jego przewodniczący, kolega Jakub Werkowski, wówczas studiujący na pierwszym roku budownictwa, zaprezentował referat p.t. „Kolej magnetyczna – pierwsze sto lat idei”. Ponieważ jednak referat został zgłoszony dość późno, nie znalazł się w wydawnictwie pokonferencyjnym. Organizatorzy warsztatów co roku przygotowują bogaty program kulturalny – tak było i tym razem. Zwiedziliśmy unikatowe obiekty przemysłowe i inżynieryjne w regionie Gór Sowich (pełna relacja w tekście: S. Łotysz: „Koło Naukowe Historii Techniki rozpoczęło działalność,” Miesięcznik UZ, nr 6 (171), czerwiec 2009, s. 42-43). Po tym debiucie nadal wspólnie pracowaliśmy nad tym tematem, tak że już w październiku pojechaliśmy z poszerzoną wersją tego artykułu na sympozjum towarzyszące VIII Międzynarodowemu Festiwalowi Filmów i Programów Telewizyjnych o Zabytkach Technicznych i Przemysłowych, Techne 2009 w Ostrawie, w Republice Czeskiej. W wyprawie tej towarzyszyła nam studentka II roku architektury, Angelika Przybyłek. Również i jej referat zatytułowany „Podziemne perspektywy: możliwości wykorzystania schronów i innych obiektów militarnych na cele turystyczne i mieszkaniowe” został przyjęty do programu sympozjum i wydrukowany w wydawnictwie pokonferencyjnym. I tutaj organizatorzy przygotowali kilka ciekawych wycieczek dla miłośników zabytków techniki i przemysłu, a trzeba przyznać że atrakcji takich jest w okolicach Ostrawy całe mnóstwo (S. Łotysz: „Nasi na TECHNÉ 2009,” Miesięcznik UZ, nr 9/1 (174-175), grudzień 2009/styczeń 2010, s. 42-43). W maju 2010 roku w tym samym zespole wzięliśmy udział w kolejnej edycji Warsztatów Archeologii Przemysłowej w Dzierżoniowie. Tym razem to Angelika przygotowała kontynuację tematu związanego z budownictwem podziemnym, który wraz z zaległym z zeszłego roku artykułem Jakuba, został wydrukowany w wydawnictwie pokonferencyjnym. (S. Łotysz: „Studenci Koła Historii Techniki na Warsztatach Naukowych,” Miesięcznik UZ, nr 6 (180), czerwiec 2010, s. 48). W sierpniu 2010 roku kolega Jakub Werkowski wziął udział w międzynarodowej konferencji ICOHTEC (International Committee for the History of Technology) w fińskim Tampere. Było to niewątpliwie największe osiągnięcie, ale przede wszystkim osobisty sukces Jakuba. Z dumą uczestniczyłem w sesji, podczas której prezentował swój referat zatytułowany „Bridging to the future: reusing the relics of destroyed bridges over Odra river”. Duma tym większa, że pełniąc od kilku lat funkcję członka Komitetu Wykonawczego tego stowarzyszenia historyków techniki, a w przygotowaniach do spotkania w Tampere uczestnicząc w pracach Komitetu Programowego, mogłem porównać referat Jakuba z innymi zgłoszonymi referatami, również tymi odrzuconymi (S. Łotysz: „Uniwersytet Zielonogórski na kongresie ICOHTEC w Tampere,” nr 9/1 (183-184), grudzień 2010/styczeń 2011, s 44-45). Jesienią 2010 roku Koło Naukowe Historii Techniki dopingowało naszej studentce, Alicji Bienias z III roku architektury, która zwyciężyła w ogólnopolskim konkursie na plakat o tematyce związanej z ochroną własności intelektualnej organizowanym przez Urząd Patentowy RP (S. Łotysz: „Plakat studentki architektury zwyciężył w konkursie,” nr 9/1 (183-184), grudzień 2010/styczeń 2011, s. 17). Choć te osiągnięcie to w 100% osobisty sukces Alicji, Koło Naukowe Historii Techniki z dumą wsparło swoją członkinię w wyprawie do Warszawy w celu odebrania nagrody. Nowy rok działalności Koła to również nowi członkowie. Artykuł Ilony Pisery, studentki I roku architektury, już został zakwalifikowany do programu tegorocznej edycji Warsztatów Archeologii Przemysłowej w Dzierżoniowie. Impreza odbędzie się w maju, reportaż w miesięczniku – niedługo potem. To nie pierwsza publikacja Ilony. W jednym z poprzednich wydań miesięcznika UZ ukazał się jej bardzo osobisty artykuł o zwykłych, codziennych, niedostrzeganych niekiedy zabytków techniki p.t.: „Antyki z attyki” (Miesięcznik UZ, nr 2 (185), luty 2011, s. 34-35). We wcześniejszym numerze miesięcznika natomiast ukazała się jej relacja z wizyty w Zielonej Górze architektów z atelier Moo Moo – jednej z czołowych pracowni architektonicznych w Polsce („Architektura bez granic,” Miesięcznik UZ, nr 9/1 (183-184), grudzień 2010/styczeń 2011, s 18. artykuł omyłkowo ukazał się pod moim nazwiskiem). Tym artykułem Ilona otwiera drugą część tego jubileuszowego tekstu, która poświęcona jest działalności Koła Naukowego Studentów Architektury.

Choć „O’koło Architektury” działa zaledwie od roku, to i ono może pochwalić się sporymi osiągnięciami. Kilka tygodni po ukonstytuowaniu, Angelika Przybyłek (aktywna również w Kole Historii Techniki), wzięła udział w konferencji z cyklu „Nowoczesność w architekturze” na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Wygłosiła tam referat zatytułowany „Architektura czasów atomu.” Z uśmiechem przyjęła oklaski i życzliwe komentarze po wystąpieniu, a dopiero w kuluarach dowiedziała się, że była jedyną studentką wygłaszającą referat na tej konferencji. Fakt, nie chciałem jej deprymować tą wiadomością przed sympozjum. Artykuł ukaże się w wydawnictwie pokonferencyjnym (dopiero) w połowie tego roku. W październiku 2010 roku w ramach działalności Koła Architektury troje studentów – Angelika Przybyłek, Przemek Jachimowski i Łukasz Deplewski – wzięło udział w Międzynarodowej Konferencji Naukowej „Dziedzictwo postindustrialne i jego kulturotwórcza rola” w Rudzie Śląskiej i Świdnicy. Głównym pretekstem do tego uczestnictwa była uroczystość wręczenia nagród za prace wyróżnione w konkursie architektonicznym na adaptację podziemnego bunkra telekomunikacyjnego w Świdnicy, w woj. dolnośląskim. Przemek i Łukasz otrzymali jedno z czterech równorzędnych wyróżnień. W opracowaniu projektu niezwykle cennych rad udzielała im najzdolniejsza chyba przedstawicielka zielonogórskich architektów, sama również nagradzana w konkursach „Lubuski mister budowy”, mg inż. arch. Alicja Sapeńko (S. Łotysz: „Nasi studenci wyróżnieni w konkursie architektonicznym,” Miesięcznik UZ, nr 9/1 (183-184), grudzień 2010/styczeń 2011, s. 19-21). Z kolei w listopadzie 2010 roku dwie studentki III roku architektury, Elżbieta Matkowska i Angelika Przybyłek wzięły udział w jubileuszowej, dziesiątej edycji konferencji naukowej „Definiowanie przestrzeni architektonicznej” organizowanej przez Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. Wspólnie z Elą przygotowaliśmy referat p.t. „Hutongi trzymają się mocno? Problem autentyczności w architekturze współczesnych Chin,” który został wydrukowany w specjalnym numerze Czasopisma Technicznego. Artykuł bazuje na obserwacjach dokonanych przez Elę podczas jej wyjazdu studialnego do Chin w 2009 roku. Trudno przecenić to osiągniecie Elżbiety – artykuł przeszedł pomyślnie proces recenzji i ukazał się żurnalu wysoko punktowanym na liście Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Trudno o lepszą promocję naszego koła naukowego, a przez to i Uniwersytetu. W konferencji, jak co roku, uczestniczyli przedstawiciele najbardziej renomowanych uczelni polskich i zagranicznych (E. Matkowska, A. Przybyłek: „Studenci architektury UZ na konferencji w Krakowie,” Miesięcznik UZ, nr 2 (185), luty 2011, s. 35-36).

Aktywne uczestnictwo w działalności koła naukowego popłaca. W marcu 2011 roku zorganizowaliśmy wycieczkę do Mediolanu. Choć odbyła się pod szyldem Koła Naukowego Studentów Architektury, uczestniczyli w niej także członkowie Koła Historii Techniki. Relacja z wycieczki w tym numerze miesięcznika.

Statut obu kół mówi wyraźnie – naszym celem jest rozwój zainteresowań naukowych. Traktujemy to bardzo poważnie. Mamy takież wyniki. Naszą codzienną pracę wykonujemy nie szukając rozgłosu. Rzetelny raport semestralny do działu Spraw Studenckich to obowiązek, z którego oczywiście się wywiązujemy. Ale możność podzielenia się sukcesami naszych studentów z Czytelnikami miesięcznika UZ – to już sama przyjemność i satysfakcja!

Tekst ukazał się w numerze 4/5 2011Miesięcznika UZ

Reklamy

O’koło Mediolanu

W 2011 roku Koło Naukowe Studentów Architektury Uniwersytetu Zielonogórskiego „O’koło architektury” zaplanowało wyjazd studialny do Mediolanu. Wyjazd odbył się w dniach 26 – 30 kwietnia. Opiekun naukowy naszego Koła, dr inż. arch. Sławomir Łotysz, uczestniczył w tym czasie w konferencji naukowej, toteż poprosiliśmy doktora Michała Pszczółkowskiego, aby pojechał z nami.

Studenci od samego początku mocno zaangażowali się w projekt planując każdy, najdrobniejszy nawet szczegół wyjazdu, począwszy od poszukiwań źródeł dofinansowania poprzez środki transportu, po dokładne opracowanie trasy zwiedzania Mediolanu. Nie obyło się przy tym bez emocji, ale jeśli coś jest ich pozbawione, to wiadomo, że nie przyniesie słodkich owoców.

Dwudziestosześcioosobowa wyprawa studencka rozpoczęła się w sobotni poranek od dojazdu polskimi kolejami na lotnisko w Poznaniu, a stamtąd samolotem do włoskiego Bergamo. Jednak to nie był koniec podróży jak na jeden dzień. Należało dostać się jeszcze do samego Mediolanu – co zajęło około godziny – oraz do hostelu, w którym zostaliśmy bardzo szybko zakwaterowani. Pierwszy dzień upłynął wiec pod znakiem podróży oraz zaznajamiania się z topografią miasta, siecią metra oraz pierwszymi większymi obiektami architektonicznymi takimi jak sam Dworze Główny czy widoczny z placu przed nim wieżowiec Pirelli.

Wizyta w mieście takim jak Mediolan, to nie tylko przemieszczanie się z góry upatrzonymi trasami, ale też improwizacja i elastyczność. Dlatego też niedzielny grafik zajęć rozpoczęliśmy od zaznajomienia się z targiem ”nad kanałem,” gdzie można było znaleźć absolutnie wszystko, czego dusza zapragnie. A ponieważ rzeczona ludzka dusza, jako kapryśna i nieprzewidywalna, wodziła każdego z nas z osobna, a przez to i całą grupę pozornie prostą trasą, która co rusz meandrowała jak zaklęta w dziedzińce małych kamieniczek, podwórza, które okazywały się uroczymi galeriami. Trzeba było naprawdę pamiętać, że głowa nie obraca się o 360 stopni – szczególnie w otoczeniu pyszniącej się w przyćmionym słońcu biżuterii lub antyków leniwie opierających się jedne o drugie.

Gdy już nasyciliśmy oczy tymi cudeńkami, nadeszła pora na działania planowe czyli bratanie się z miejscową architekturą w najlepszym wydaniu. Rozpoczęliśmy od bazyliki Santo Stefano Maggiore. To tylko jedna z wielu budowli sakralnych, które mieliśmy okazję podziwiać. Zasłynęła w historii miasta w dość niecodzienny i makabryczny sposób, mianowicie zamordowano w nim księcia Mediolanu, Galeazzo Marię Sforza, który przybył tu na uroczystość patrona kościoła w 1476 roku.

Kolejnym ważnym punktem tego dnia była oczywiście znana na całym świecie gotycka katedra, czyli po prostu Duomo. Jeden z największych kościołów w Europie. Dostaliśmy się na dach – panorama Mediolanu z tej wysokości naprawdę zapiera dech w piersiach Zarówno wnętrze jak i zewnętrze robi niesamowite wrażenie tak samo na laikach, jak i znawcach. Gabaryty, rozmach, a jednocześnie subtelna delikatność całości założenia sprawiają oczom niewysłowioną przyjemność – gdyby tylko nie ci natrętni sprzedawcy ziarna dla gołębi…

Zwiedzając dach katedry wszelkie detale architektoniczne, jak fryzy, sterczyny, maszkarony i rzygacze , znane wcześniej z podręczników, mieliśmy na wyciągnięcie ręki.

Było by nietaktem, gdybyśmy nie usiłowali połączyć przyjemnego z pożytecznym sprawdzając czy prawdą jest, to co mówi się o modzie i mieście. Aby to zweryfikować , zajrzeliśmy do galerii Vittorio Emanuele II. Historyzująca elewacja, śmiała konstrukcja przekrywająca wnętrze, w którym usadowiły się  jedne z droższych butików (nie obeszło się bez sesji zdjęciowych na tle ich przepysznych witryn wystawowych). Przepych galerii kontrastował z prostotą mównicy Mussoliniego, która znajduje się na przeciw. Nigdy nie dokończona według pierwotnego zamysłu, została zaadaptowana i spełnia obecnie nową funkcję.

Te trzy monumentalne budowle zamykają w pewien sposób główny plac przed katedrą, oskrzydlają go mimo, iż można dotrzeć do niego z każdej strony, nie wyłączając podziemia .

Zdecydowanie można powiedzieć, że nie szczędziliśmy nóg dążący wytrwale od budowli do budowli, a karki mieliśmy obolałe nie tylko od zadzierania głów poza codzienną perspektywę  wysoko w górę, ale także od aparatów wiszących na szyjach niczym u rasowych turystów.. Fotka tu, fotka tam i już kolejna elewacja szydzi z nas zasłaniając się przejeżdżającą ciężarówką. I jak uwiecznić tyle ulotnych chwil i jeszcze nadążyć za grupą? Z prawej La Scala, z lewej Palazzo di Brera, na którego atrium podziwiać można Napoleona, bezpruderyjnie nagiego a na dodatek dzierżącego wróżkę.

Nie obyło się też bez rozczarowań. Pomijając wczesne wstawanie – uciążliwość pod każdą szerokością geograficzną – i dość podłe śniadania w naszym hostelu, najbardziej zawiedliśmy się stając przed budynkiem Dolce i Gabbana. Zdziwienie nie do opisania, gdy okazało się, że to małe straszydło wyglądające na niechlubne i wcale niekolorowe lata 80., w porywach może 90., okazało się zupełnie nowym budynkiem, bo zaledwie pięcioletnim. Zamiast błyszczeć nowocześnie na tle secesyjnych kamienic, stał tam jak szklany kloszard, bez wyrazu, tła i kontekstu. Jak gdyby ktoś go porzucił i odsunął. Nawet widoczne gdzieniegdzie wieszaki wewnątrz bardziej przypominały szkielet niż znane w świecie modele kreacji.

Pocieszenie przyszło jednak nazajutrz, na kampusie politechniki. Najwyraźniej studenci bawią się jednakowo w całej Europie. Patron uczelni, oczywiście w formie marmurowej rzeźby u bramy, przywitał nas trzymając naręcze pustych butelek po piwie. Dostojeństwo dostojeństwem, ale posągi też muszą sobie poużywać. Grupowo podbiliśmy wydział architektury z otwartym atrium i dużą ilością surowego betonu. Myszkowaliśmy zawzięcie podglądając proces wykonywania makiet oraz proces twórczy studentów, który odbywał się na korytarzach w mniejszych lub większych grupach, obowiązkowo z laptopami i książkami. Biedni głowili się nad konstrukcjami, co skłoniło nas do kiwania głowami z empatią, ale i pewnego rodzaju satysfakcją, że przecież my w większości mamy to już za sobą. Zajrzeliśmy do ogromnej biblioteki, również pełnej studentów.

Dla każdego coś miłego. Jako że damska część wycieczki miała swoje pięć minut w wytwornych galeriach, panom przypadło w udziale bliższe spotkanie ze stadionem San Siro. Jako, że nie mieli wyśrubowanych wymagań i nie dobijali się na murawę, nie trwało to na szczęście zbyt długo.

Szczęście sprzyja jednak do czasu, muzeum design’u odwiedzaliśmy dwukrotnie i to z tak samo marnym skutkiem. Pech chciał, że akurat zmieniano ekspozycję. Tego, planując nasz wyjazd, nie mogliśmy przewidzieć.  Jako rekompensatę zafundowaliśmy sobie zwiedzanie twierdzy Castello Sforzesco oraz muzeum techniki. Oba obiekty, choć tematycznie skrajnie od siebie odległe, były bardzo interesujące. W pierwszym przypadku przytłaczające dostojeństwo obronnej twierdzy, która znajduje się na głównej osi widokowej miasta, a z drugiej – łódź podwodna, której można było dotknąć, oraz zmaterializowane wynalazki Leonardo DaVinci. Jak już mowa o wielkich mistrzach renesansu, warto wspomnieć o wizycie  w Santa Maria presso San Satiro, gdzie w pełnej krasie uzmysłowiliśmy sobie zamiłowanie do okręgów wielkiego Bramantego.

Jednak czym byłoby piękno architektury historycznej bez powiewu nowoczesności i okraszonego szczyptą sprzeciwu obywatelskiego? Odrobina humoru w obliczu dostojnego Palazzo Mezzanotte zawarta w niebywale wymownej formie zaklętej na kamiennym cokole, dobitnie wyraża to, co Włosi myślą o swoim rządzie. Ciekawe, ilu z nas miewa podobne odczucia w Polsce?

Wąskie i przytulne uliczki często prowadziły nas w miejsca niespodziewane, ukazywały budowle niebanalne, nowoczesne ale i zupełnie historyczne. Pokazały nam miejsca, których nie wypada nie znać, lub takie, które wiele podręczników przemilczało, a których urok ujawnia się w tym krótkim momencie, gdy słońce kryje się akurat za TĄ chmurą, a my patrzymy akurat z TEGO ulicznego rogu, bo TU pachnie pieczywem z pobliskiej piekarni. Nic nie odda takich doznań, ani opowiadanie tego w modnej kafejce, ani lektura z ulubioną muzyką w tle. Udało nam się przeżyć coś niepowtarzalnego, bo byliśmy tam akurat w tym momencie naszego życia z takim a nie innym bagażem wiedzy i doświadczeń. Kto wie, może za parę miesięcy, może lat, kiedy znów tam zawitamy, odkryjemy Mediolan zupełne na nowo?

Elżbieta Matkowska